DZIEŃ 0
Trasa:
Oskar: Kraków- Łęki Dolne (125 km) ; Łukasz: Pilzno- Łęki Dolne (8 km) ; Kamil: Dębica- Łęki Dolne (24 km)
Dzień zerowy. Właściwa pętla jeszcze się nie zaczęła. Dzień służył na zjechanie się w jedno miejsce. Stąd ciężko określić ilość przejechanych kilometrów. Ja dojechałem z Krakowa (125 km) – choć jadąc A4 byłoby bliżej, ale kto chciałby jeździć A4… Kawix z Dębicy. Punktem zbornym były Łęki Dolne – wioska miedzy Dębicą a Tarnowem. Kiwi postanowił dojechać na start dopiero nazajutrz rano. Startujemy jutro skoro świt – ostatnie przymiarki sakw i sprzętu. Wstępny plan trasy.
DZIEŃ 1
Trasa:
Łęki Dolne- Łęki Górne- Szynwałd- Zalasowa- Tuchów- Dąbrowa Tuchowska- Siedliska- Chojnik- Gromnik- Ciężkowice- Bobowa- Grybów- Polany- Berest- Krynica- Muszyna (Łącznie 124 km)
„Tour de Tatry” – czyli trzeba zatoczyć pętlę. Wielka pętla się rozpoczyna i skończy się za parę dni w tym samym miejscu. Ostatnie sprawdzanie bagażu. Całe nasze zaplecze w sakwach na rowerach. Trasa j.w. Pogoda super. Po drodze do obejrzenia m. in. drewniany kościół w Łękach Górnych – w ramach szlaku architektury drewnianej. Dalej trasa dość falista kilka górek, następnie droga prowadzi przez las. Tuż przed Tuchowem dość długi podjazd, ale niespecjalnie trudny i karkołomny zjazd. Nic to. Pierwszy postój robimy w Tuchowie. Do obejrzenia Klasztor i Sanktuarium oraz bardzo przyjemny ryneczek. Niestety drożdżówki nieco nieświeże – lepiej kupić pakowane.
Za Tuchowem z górki… a potem dość płasko ale z tendencją spadkową. W sumie można sobie narzucić dość spore tempo. Zaczęło trochę padać – pokapywało tak co parę minut dość przelotnie. Odpoczynek w czasie jednego z przelotów na przystanku (dość obskurnym, acz stylowym). Na większości trasy asfalt wydaje się znośny… jutro zmienimy zdanie… Zaczynają się górki i… pierwsze kryzysy – czas dostosować tempo do możliwości i zapasów energetycznych. Prowiant się kończy i czas wydać pierwsze pieniążki. Na batonach do Krynicy – tam szukamy jakiegoś pożywnego żarcia. Trzeba było się dość długo i dobrze naszukać, żeby znaleźć sprzedawcę kurczaków z rożna oferującego w miarę normalne ceny. Z pełnymi brzuchami na deptak… i tu Zonk. Panowie ze Straży Miejskiej uprzejmie nas informują, że po deptaku nie wolno jeździć – za to możemy prowadzić rowery. Po pouczeniu zwiedzamy deptak. Pijalnia z źródłem Zdroju Głównego to dobre miejsce na uwiecznienie naszej obecności w tym miejscu. Stamtąd droga już prosta i z górki do Muszyny, gdzie wybraliśmy postój. Chwila zwiedzania różnych proponowanych kwater i wybór tej najlepszej. 20zł/osobę i rower w bezpiecznym miejscu – czyli przy sobie. Jutro kolejny piękny dzień.
DZIEŃ 2
Trasa:
Muszyna- Leluchów (przejście graniczne)- Plavec- Stara Lubovna- Kamienka- Stranany- Cerveny Klastor- Niedzica (przejście graniczne) (Łącznie98 km)
Mój rower jakoś dziwnie się prowadzi… koło zcentrowane – chwilę zajmuje prostowanie. I ruszamy. Za radą naszych gospodarzy udajemy się na nowo otwarte (co widać, słychać etc przejście graniczne ze Słowacją w Leluchowie. Unia to unia – i unia musi być – kontrola paszportowa odbywa się „w locie” – niemal dosłownie. Pierwszy kontakt z Słowacką drogą i… rozczarowanie – naszym krajem – jak to jest, że Słowacy umieją zbudować drogę a my nie? Asfalt jak tafla to miód na nasze trochę obolałe cztery litery. Trochę doskwiera brak poboczy, ale baardzo szeroka jezdnia sprawia, że kierowcy dość szerokim łukiem mogą nas bezpiecznie ominąć. Jak to za granicą wszystko napisane w sklepach po polsku i słowacku i za złotówki kupować można. Zza horyzontu wyłania się pierwsza atrakcja dzisiejszego dnia (no druga – pierwsza to ładne przejście) – Plavecky Hrad. Ale wcześniej mały posiłek w miasteczku… Trochę dziwne – ludzie zdają się jeździć w kółko swoimi samochodami – ale patriotyzmu im odmówić nie można – w ok 70% to Skody. Ciekawe, że u nas się tak nie stawia na rodzimą produkcję . Pod zamek dość stromy podjazd – do samych ruin prowadzi już w zasadzie ścieżka – może bardziej pasująca do jazdy górskiej, ale na szosówkach też można spokojnie sobie poradzić. Na górze mała sesja zdjęciowa… rower niestety nie wszędzie da się wtachać – na niektóre mury wchodzimy więc bez. Droga przed nami wydaje się przyjemna i taką się później okazuje. Pod ruinami znajdujemy ślady wczorajszej lub przedwczorajszej imprezy z ogniskiem. Wykorzystujemy je do zaimprowizowania obozowiska… potem będziemy pokazywać, że tak spaliśmy…
Ruszamy drogą w kierunku Starej Lubownej. Pojawiają się pobocza, a droga coraz lepsza (jeśli to jeszcze możliwe). Na drodze spotykamy fanki jazdy rowerowej, ale nie zechciały się zatrzymać, żeby z nami powymieniać poglądy . Do Luboniansky’ego Hrad’u trafić dość łatwo – o jego lokalizacji informują liczne drogowskazy i spotkani mili ludzie. Jak widać leży na górce więc trochę trzeba popedałować. Na górze opłata za wejście… no chyba, że się dołączy do jakiejś wycieczki – najlepiej polskiej, bo przewodnik będzie się precyzyjniej wtedy wyrażał. Ze Starej Lubownej ruszamy dalej na wschód – odbijając parę kilometrów dalej nieco na północ w kierunku Czerwonego Klasztoru. To często odwiedzane przez turystów (Szczególnie Szczawnickich) miejsce można zobaczyć raz w życiu – i wystarczy. Za to przełom Dunajca i Trzy Korony (to naprawdę one na zdjęciu) można oglądać wiele razy i i tak są ładne. Żarcie i picie okropnie drogie… kupujemy paluszki… Z Czerwonego Klasztoru ruszamy w górę Dunajca… lecz o dziwo droga biegnie jakby nieco w dół… a może to głód nas pcha do przodu. Do Polski wracamy przejściem w Niedzicy – to już się tak rewelacyjnie nie prezentuje… Do Leluchowa upodabnia je tylko szybkość odprawy paszportowej. Zapora wieczorem się pięknie prezentuje. Małe zakupy, kwatera 20zł/osobę. Tym razem rowery są jeszcze bliżej nas… można powiedzieć, że się mocno zżywamy z nimi…
DZIEŃ 3
Trasa:
Niedzica (zamek)- Czorsztyn (zamek)- Dębno- Harklowa- Łopuszna- Ostrowsko- Gronków- Białka Tatrzańska- Bukowina Tatrzańska- Łysa Polana/Javorina (przejście graniczne)- Zdiar- tatranska Kotlina- Tatranska Lomnica- Stara Lesna (Łącznie 117 km)
Niedziela, 4.07.2004. Dzień ważny z kilku powodów. Po pierwsze z racji niedzieli – Msza w kościele w Niedzicy o poranku wyłącznie po słowacku – bardzo miła odmiana. Następnie – dziś zobaczymy Tatry. No i po trzecie – wieczorem finał Euro2004 ®. Ale po koleji . Zamek w Niedzicy wie co to business i kasę niesamowitą sobie liczy za wstęp. Jako, że każdy już go kiedyś widział rezygnujemy z tej przyjemności. Jazda na zaporę, parę fotek. Za zaporą zaczyna się teren chroniony Parku Narodowego. Rowerami wjeżdżać nie można. A nawet gdyby było można to i tak na slickach się nie da… Widoczki z zapory są ładne – zaburza je tylko kupa przewodów wysokiego napięcia wystrzeliwujących w różne strony z tut. elektrowni wodnej. Teraz na drugi zamek – tym razem w Czorsztynie – trochę się trzeba powspinać serpentynkami… ale widoki na górze kompensują podjęty wysiłek. Przejeżdżamy przez teren Parku – jechać można tylko trąbić nie wolno… no cóż, więc nie trąbimy. Zamek w Czorsztynie już nieco tańszy. Warto pooglądać. Dodatkowo miły Pan z ochrony podejmuje się pilnować nasze rowery kiedy będziemy zwiedzać. Ciekawe, że Kawix nie dał zdjęć… Po zwiedzeniu zamku – śniadanko nad zalewem. Trzeba zjechać aż na jego poziom, choć w perspektywie jest powrót. Po wyjeździe z Czorsztyna ruszamy boczkami w kierunku NT – droga prowadzi grzbietami górek – stąd piękne widoki. Niestety wkrótce włączamy się do ruchu na drodze łączącej NT z Szczawnicą… polskiej, wąskiej i ruchliwej… Lawirując między ciężarówkami staramy się jak najszybciej znaleźć zjazd na Białkę Tatrzańską, a przez moją nieuwagę trafiamy dopiero w ostatni z możliwych. Na jednej z bocznych dróżek robimy zdjęcie. W tym miejscu zaczyna się mała pętla wokół Tatr. W 6. dniu w tym miejscu ją zamkniemy. Tatry widać w tle (widok od strony północnej). Przez Białkę do Bukowiny Tatrzańskiej – a tam pod górkę, żeby dotrzeć do ronda. Całkiem przydługawy i mocny podjazd… wzięty na raz więc wstydu nie będzie. Potem wspinamy się i opadamy na zmianę aż pod Morskie Oko. Niestety gdy tylko nadjeżdżamy i lokujemy się w knajmie z kiełbaskami dopada nas strażnik parku informując, że wjazd jest niemożliwy – za dużo ludzi zginęło potrąconych przez rowerzystów na tym szlaku, więc wprowadzono zakaz (udokumentowany na zdjęciu). Granicę przekraczmy na Łysej Polanie – odprawa jeszcze szybsza. Zataczamy łuk zdłuż wschodniej ściany Tatr – parę fotek. I nocleg wieczorową porą w Starej Lesnej. Pokój obowiązkowo z TV kosztował ok 40zł/głowę, ale warto było. Grecy górą! Żarcia tu nie uraczy po północy nie licząc recepcji licznych tutaj i dość drogich hoteli. Lulu.
DZIEŃ 4
Trasa:
Stara Lesna- Stary Smokowec- Podbanskie- Liptov Mikulas- Liptovska Sielnica- Kvacany- Huty- Zuberec (Łącznie 108 km)
Dzień zapowiada się piękny. Ruszamy bez śniadanka, bo nic z wczoraj nie zostało. Wspinamy się ze Starej Lesnej do trasy na Liptowsky Mikulas. Pierwszy sklep nadający się do zakupów odnajdujemy kilka kilometrów dalej. Zjadamy je w pobliżu takiej śmiesznej budki jaką widać na zdjęciu. W pierwszej chwili myślałem, że to menu jednej z pobliskich restauracji. Jednak pani, która przewiesiła się przez mój rower chwilę po zrobieniu tego zdjęcia aby wymienić karteczkę w środku nie wyglądała na kelnerkę… zupełnie nie wyglądała. Zainteresowany wczytałem się w Słowackie napisy i okazało się, że to jest… prognoza pogody na trasę przed nami. Przewyższenia, temperatury, wiatr, opady (a raczej ich brak) – wszystko! Pokrzepieni prognozą – i wysokością 1300 m npm ruszamy dalej – wspinaczka baaaardzoooo dłuuuuugaaaa… żeby nie powiedzieć nudna – bo widoki zasłania las – ale dość łagodna i systematyczna… ale baaaardzooo dłuuugaaa… za to po pokonaniu najwyższego punktu – miodzio… >15 minut ciągłego zjazdu z prędkością >60km/h z maksymalną 71 km/h… aż trudno dech złapać – a na dole trzeba było powycierać okulary z rozpłaszczonych nań owadów. Droga idealnie płaska – bez żadnych dziur – można pędzić bez obawy. Zakręty wyprofilowane tak, że nie ma żadnych problemów z składaniem się – ani z widocznością – nawet do głowy nie przychodzi używanie hamulca. Do tego rewelacyjne odkrycie – sakwy bagażowe tak stabilizują rower przy tej prędkości, że prawie nie da się wywrócić – rower po złożeniu sam wraca do pionu i nie daje się od niego odchylić – sama przyjemność. Od Krivana już nieco bardziej płasko ale aż do Liptovky’ego Mikulas’a cały czas nieco z górki. W miasteczku planowaliśmy obiad, ale spotyka nas zawód. 5.07 to zdaje się jakieś święto narodowe na Słowacji i wszystkie lokale są zamknięte… podobnie jak większość sklepów. Czynne są jedynie budki z piwem. Piwo dobre, choć drogie ostatnio, ale nie zaspokoji naszych potrzeb energetycznych… Zaopatrzeni prowizorycznie ruszamy dalej korzystając z zapasów zrobionych rano. Przez Horkę i Liptowsky Trnovec do drogi na Zuberec. Nad góry od południa nadciągają czarne chmury… Za Huty’ami przed nami rozpętuje się burza – zapala się od pioruna jakiś dom i mijają nas wozy pojowe straży oraz karetka. Za chwilę wjedziemy w strefę zagrożenia… kończy się woda i zapasy – liczymy na jakiś otwarty sklepik, ale nic z tego. W jednej z miejscowości dostajemy trochę chleba i wodę od mieszkańców – wygrywając przy okazji mały meczyk tenisa stołowego. Bidony jednak puste… deszcz, który zaczyna kropić nie wystarcza do ich napełnienia. Wspinamy się na jakąś przełęcz przed Zuberecem… wspinamy się dłuuuuugo, baaaaardzo dłuuugo… na górze miałem wrażenie, że mogę żreć trawę byle była wilgotna… Za szczytem dopada nas ulewa – pędzimy w dół na złamanie karku docierając do jakiegoś przystanku – gdzie chowamy rowery (a bardziej sakwy z ubraniami) przed deszczem. Dzień tylko zapowiadał się sucho… Spotykamy tam też polskich turystów – rodzinę wracającą z Siwego, których niniejszym pozdrawiamy. Kiedy deszcz słabnie ruszamy dalej w kierunku Zubereca. Zrobiło się dość zimno i chyba mamy ochotę już na nocleg. Kilka km przed miastem znajdujemy chatkę. Właściciel informuje nas, że nie wynajmuje pokoi, ale ma znajomego, który chętnie nam wynajmie. Dostajemy mapkę i błogosławieństwo na drogę oraz zapewnienie o wolnych miejscach noclegowych czekających na nas na miejscu. Docieramy do Zubereca już wieczorową porą. Nasz gospodarz bardzo miły człowiek, choć oporny przy targowaniu. Ale kieruje nas do sklepów i udostępnia kuchnię. Szkoda, że nie mamy nic, co można byłoby w niej przygotować. Prezchodzimy niemal całe miasto wszerz i wzdłuż w poszukiwaniu jadła i napoju. Jedyne miejsce otwarte i z rozsądnymi cenami to pizzeria – przy ulicy biegnącej na zachód od kościoła. Chłopaki wybierają dla siebie pizze wg gramażu… ja jednak stawiam na dobry i odpowiadający mi smak. Napoje kupujemy w karczmie przy tej samej ulicy – Cola i Sprite – ostatnie i jedyne napoje bezprocentowe. Płacimy złotówkami – to zostało. Karczmarz przelicza je wg złodziejskiego kursu – śmiejąc się w twarz, że o tej porze i tego dnia lepszego nigdzie nie dostaniemy… W sumie miał rację, ale dla niego mam takie pozdrowienia: „#@%&#%*!@&%*#%&!*#… i to przez wiele lat!”. Ponad półkilogramowe pizze (po jednej na łebka) zaspokajają pierwszy głód i zadymiają świadomość – dziś już nie poszalejemy… Lulu. Zdjęcia pokazują kolejne etapy wspinaczek.
DZIEŃ 5
Trasa:
Zuberec- Habovka- Oravice- Vitanova- Hladovka- Sucha Hora/Chochołów (przejście graniczne)- Witów- Kościelisko- Zakopane- Poronin (Łącznie59 km)
Rano trzeba wstać! Szczególnie jak człowiek głodny! Na zakupy po śniadanie – zdjęcie. Tu zjedliśmy najświeższy chleb w naszym życiu. Już w sklepie zauwazyłem i dziwiłem się, że taki tani (sprzedawczyni też). Miał jutrzejszą datę produkcji!
Trzeba też zrobić zapasy na cały dzień – nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego robimy trochę więcej (jakby ktoś to liczył to bochenek na łebka na dzień to trochę mało – trzeba z 1,5). Gospodarz wygląda dość góralsko, więc pytamy go o pogodę na dzisiejszy dzień. Odpowiada: „Będzie padać, albo nie, ano hej!” I jak się później okazało miał całkowitą rację. Swoją drogą ciekawa sprawa – każde zdanie, które do nas wypowiadał kończył tym niezmordowanym „ano hej!”… to chyba jakaś rzadka choroba… no cóż zaraziłem się. Zaraz po wyjeździe z Zubereca (orginalnie czyste niebo i słońce w pełni) zza gór zaczęły wysuwać się chmury – a właściwie zaczęły po tych górach pełzać co obracują zdjęcia. W Habovce skręt w prawo – asfalt do d… prawie jak w domu już się czujem… a dokładnie pewne części naszych ciał w których to plecy kończą swą szlachetną nazwę. Oravice zajmują się… z resztą widać na zdjęciu. Przez cały dzień pogoda jak zaczarowana przez Anohej’a przez godzinę obdarza deszczem a przez godzinę nie… Zbytnio być może dbając o suchość ubrań i pozostałej zawartości sakw chowamy się co 1h na 1h w róznych budach (najczęściej przystankach) – co mocnio spowalnia podróż… oraz czyni ją nudną. Z tej nudy śpimy na przystankach… Na przejściu w Chochołowie – dokładniej w/na Suchej Horze miła i nie droga karczma – w sam raz na obiadek… i kolejne spanko w kolejny deszcz… Kilka km za granicą kończy się nam cierpliwość. Wory na śmieci na sakwy, na się peleryny i jedziemy. W Chochołowie w prawo przez Witów, Nędzówkę i Kościelisko do Zakopca – tam już tak leje (teraz już non stop – najwyraźniej klątwa górala z Zubereca działa tylko na Słowacji), że nic nie widać na 30 metrów… w takim deszczu jak się okazuje zdzierają się niesamowicie klocki hamulcowe – o czym przekonamy się szczegółowo nazajutrz rano. Zakopane przejeżdżamy bez zatrzymania nawet na chwilę i pędzimy na kwaterę. Mieszkamy u mamy Andrzeja – mojego znajomka. Tam już na nas czeka pokój i grzejnik do suszenia ubrań i ciepła herbata. A chwilę potem również pyszna kolacja… aż brak nam słów… I tutaj i gdzie się da bijemy nisko czołem wobec takiego przyjęcia, gościnności i dziękujemy jak umiemy najładniej.
Wyznaczamy kolejność suszenia (nie została ani jedna rzecz sucha na nas ani w sakwach – tylko dokumenty się ostały, bo były w worach foliowych… sakwy są odporne na mały deszcz, ale dzisiaj się poddały… przykrywanie ich worami nic nie daje – woda uderza od dołu spod kół – przyp. opisywacza) i udajemy się na rozmowę z gospodarzami… dawno nie widziani, więc dłuuugo rozmawiamy – dużo spraw do omówienia. A potem, o dziwo, znów lulu.
DZIEŃ 6
Trasa:
Poronin- Szaflary- Gronków- Harklowa- Knurów- Ochotnica Górna- Ochotnica Dolna- Rzeka- Zabrzeź- Łącko- Jazowsko- Podegrodzie- Nowy Sącz- Piątkowa- Cieniawa- Grybów- Ropa- Szymbark- Gorlice- Biecz- Jasło- Kołaczyce- Brzostek- Strzegocice- Pilzno- Podgrodzie- Latoszyn- Dębica (Łącznie 214 km)
Rano śniadanie i szacowanie strat. Hamulce do przeregulowania – zdarte jak za 1000 km jazdy po suchym i po górach. I to przez jeden deszcz… ech… pakowanie trochę zajmuje – wyrzuciliśmy wczoraj wszystko z sakw… grzejnik chodził całą noc, a i tak nie udało się wszystkiego wysuszyć. Ruszamy w trasę o 11.00!!! Chyba daleko nie zajedzimy.
Obieramy trasę „starą zakopianką” – dowiedzieliśmy się o niej od gospodyni – jest węższa od nowej, biegnie równolegle do niej (tylko kilkaset metrów jest wspólne) i nie ma na niej pędzących 1,5 tonowych maszyn do zabijania rowerzystów. W Szaflarach odbijamy na północny wschód – i chwilę później choć inną trasą docieramy do miejsca, gdzie robiliśmy zdjęcie kilka dni temu… że też nie zostało powtórzone – szkoda. Znowu ochydnie zapchana ciężarówkami trasa NT – Krościenko (pozdrawiamy wszystkich TIR’owców), ale już w Knurowie skok w bok – czyli zjazd w lewo. Wspinamy się na przełęcz Knurowską gdzie robimy pierwszy postój. Od najwyższego punktu drogi wspinamy się jeszcze trochę pod górę po łąkach (z racji nachylenia jazda odpada) i rozwalamy się na sianokosisku – picie kupione u podnóża przełęczy jeszcze zimne – z lodóweczki… samem wtachał – jedyna 2,5 kg. Po postoju dłuuugo z górki – przez Ustrzyk, obie Ochotnice do Rzeki (wbrew pozorom to miejscowość). Stamtąd w lewo i za drogą aż pod Sącz (jeden i drugi). Tuż przed nowym kusimy się na wisienki sprzedawane przy drodze… błąd – są OCHYDNE – wyrosły przy tej drodze są kwaśne, gorzkie i czort wie jakie jeszcze – ale zapłacone – szkoda wyrzucić… trochę jemy na mostku (jak na zdjęciu) a trochę zostaje na później… W Sączu w prawo na Gorllice – i kilka km dalej (na 160 km trasy) czas dać wytchnienie stopom i dojeść wisienki – rzeczka doskonale się do tego nadaje…Przez Grybów (hmm… tu już byliśmy), Gorlice, Biecz (tu zachodzi słońce) docieramy do Jasła (już ciemniusieńko…) Po drodze tylko jeden postój – w jakimś Bilard klubie ze zdziwioną obsługą. Na tym odcinku też Kamil dał najdłuższą w ogóle w czasie całej wyprawy zmianę na 1. pozycji… szkoda, że nie pamiętam ile to było km… ale duuuużo. W Jaśle zdjęcie na ryneczku i na światłach do Pilzna… bardzo przydaje się moja ręczna latarka diodowa… można „ostrzegać” kierowców jadących z naprzeciwka o strarzanym przez nich niebezpieczeństwie przez porażanie nas swoimi światłami drogowymi. 100% skuteczności „ostrzegania”… swoją drogą po co im przy dobrej pogodzie te drogowe… ja jeżdżę bez.
W Pilźnie żegnamy się z Łukaszem (do jutra, a właściwie dzisiaj, bo północ to już była minęła). Nie chce jechać dalej… jedyny powód – mieszka tutaj… dziwne. Droga do Dębicy zazwyczaj mocno uczęszczana – o tej porze pusta… można (i trzeba) z tego korzystać. Ostatnie kilometry pokonuję już stojąc w pedałach… nogi mogą jechać jeszcze długo, ale bruzda międzypośladkowa nie jest dzisiaj w stanie znieść żadnego więcej kontaktu z jakąkolwiek materią twardszą od wody i powietrza… Czego jej po dotarciu do Dębicy w obfitości dostarczam (szczególnie tego pierwszego)…
DZIEŃ 7
Trasa:
Oskar i Kamil:
Dębica- Straszęcin- Chotowa- Lipiny- Pilzno- Łęki Dolne (Łącznie 24 km)
Łukasz:
Pilzno- Łęki Dolne (Łącznie 8 km)
Zerwało nas (mnie) wcześnie – 7.00? 8.00? Brum brum – pedałujemy wg trasy do Pilzna. Tam zabieramy Łukasza i gnamy, aby zapiąć klamre Tour’u. Na Łękach (lokalna gramatyka) koniec i rozstanie. Każdy teraz rusza w swoją drogę. Kawix – do Dębicy, Kiwi do Pilzna – a ja do Krakowa. Ruszam zaraz po obiadku u babci. Po drodze wizyta u znajomka w Tarnowie. Trasa do Krakowa „przez Szczurową” – komu nic nie mówi to niech powie – bardzo dobra dla rowerzystów acz nieco dłuższa. O 21.00 w domku – i koniec wyprawy… I co? A LULU!!! ANO HEJ!!!!
A teraz jeszcze kilka statystyk:
Kamil:
Suma km: 739
Maksymalna prędkość: 71 km/h
Czas na siodle: 37:40
Łukasz:
Suma km: 739
Maksymalna prędkość: 71 km/h
Oskar:
Suma km: 996… (Mogłem jeszcze pojeździć chyba w kółko na osiedlu i dokręcić te 4 km
, ale się mi nie kciało…)
Maksymalna prędkość: 71 km/h














































